blog background
 
Przemysław Piasta: Poznań prawym okiem
polityka, samorząd, endecja, prawica, łazarz, grunwald,
metka_epoznan
Legenda o poznańskim smoku - PREMIERA
ok
30
not ok
10
liczba odsłon: 1331

Przeszukując przepastny strych domostwa moich Rodziców natrafiłem na ciekawy rękopis. Po wielu godzinach żmudnej pracy konserwatorskiej udało mi się odczytać obszerne fragmenty tekstu, które prezentuję poniżej.



Legenda o poznańskim smoku”


Rozdział I

gdzie Czytelnik zostaje wprowadzony w tło zdarzeń


Wszyscy znamy historię o smoku wawelskim i umiarkowanie dzielnym, acz bez wątpienia po chłopsku chytrym szewczyku Dratewce. Mało kto jednak wie, że i w Poznaniu grasował smok. Dlatego pobajam dla Was dzisiaj trochę o żywocie owej straszliwej bestyji, stłamszonym mieście i błędnych rycerzach. Opowieść ta jest legendą i jak to z legendami bywa jest fikcją, historyjką zmyśloną z imaginacji bajarza. Może jednak zawierać w sobie ziarno prawdy, a nawet być dalekim echem prawdziwych zdarzeń.

Działo się to dawno temu, albo całkiem niedawno. Wszystko to kwestia perspektywy, innej dla dzieci i starców, a całkiem innej dla smoków. Były to złote czasy dla nadwarciańskiego grodu. W kraju kilka lat wcześniej obalono tyrana Wojciecha Ślepą Wronę i jego krwawą klikę. Nic więc dziwnego, że zdolni i pracowici Poznańczycy wraz jęli się imać przeróżnych zajęć dla pomnożenia swego bogactwa. A i samo miasto eksplodowało życiem i nieposkromioną energią. Kina, teatry i sale koncertowe pękały w szwach, kluby i dyskoteki powstawały jak grzyby po deszczu. W ciągle szarej i byle-jakiej polskiej codzienności Poznań był jak mała enklawa mitycznego „zachodu”.

I wtedy wydarzyło się nieszczęście. Miejscy rajcy przepędzili rządzącego grodem Wojciecha Nieszczęsnego i uradzili, że wybiorą na jego miejsce nowego nadburmistrza. Chętnych zgłosiło się wielu. Obiecywali złote góry, snuli zapierające dech w piersiach wizje, jednym słowem szeroko roztaczali pawia retoryki. Nikt jednak nie przebijał Smoka. Smok, jak to smok, łuskowata gadzina, pazury, zębiska i ognisty oddech, jednym słowem fizjonomię ma niezbyt zachęcającą. Już na pierwszy rzut oka człowiek ma ochotę sięgnąć po pancerfaust po dziadku, albo chociaż zatrutą owieczkę. Jednak ten konkretny smok różnił się od innych tym, że nosił czarodziejskie wąsy - dar od złego maga. Ten kto nosił pod nosem tą zaczarowaną szczecinę zyskiwał władzę nad umysłami słabymi i miałkimi, których nigdy przecież nie brakło i wciąż nie braknie. Nie dziwota, że wkrótce smok zwiódł naiwnych i niezbyt lotnych rajców i został wybrany nadburmistrzem Poznania.

Smok miał oczywiście imię. Jednak jak powszechnie wiadomo, smoczy język składa się wyłącznie ze spółgłosek, stąd jest niezwykle trudny do wypowiedzenia. Dlatego też nikt nie był w stanie wymówić imienia RSZRDGRBLNTZŁGSPDRZ. Smok dla wygody własnej kazał się więc nazywać Ryszardem.

Minęło szesnaście lat. Pod rządami smoka Ryszarda Poznań stał się innym miastem. Można by rzec: zmienił się nie do poznania. Kluby upadły, puby zostały zamknięte, a kina zmieniono w sklepy spożywcze. Uniwersytet wyniósł się na przedmieścia a za nim uciekli studenci. Na kwitnących niegdyś życiem głównych ulicach zaczął hulać wicher. Na Świętym Marcinie zamiast butików pojawiły się lumpeksy, zamiast kawiarenek banki, a na Głogowskiej było jeszcze gorzej. Zabłąkanych turystów straszyły wszędzie puste witryny i odrapane elewacje. Nawet Stary Rynek – wizytówka miasta – zmienił się w miejsce mroczne i niebezpieczne, pełne zamtuzów i tanich pijalni wódki. Tak, to był prawdziwy upadek. Poznań, niedawno perła Rzeczpospolitej, stał się jej pośmiewiskiem. Złośliwi poczęli nazywać go nawet miastem Hał-Kał, zapewne od psich fekaliów gęsto pokrywających miejscowe chodniki i skwery.

Wszystkiemu winny był smok. Ta pazerna bestia, jak wszystkie stworzenia swojego gatunku kochała gromadzić bogactwa. Zamiast je jednak pomnażać, co byłoby w oczach Poznańczyków chwalebne, wydawała je na błyskotki. Co rusz kupowała coś nowego kosztownego i całkowicie bezsensownego. Smok postawił sobie dla przykładu leże (smoki potrzebują leża) w kształcie wielkiej pieczarki. W środku zasadził trawę, ale że smok jest dość ciężki natychmiast ją wydeptywał, tak że trzeba ją było co rusz wymieniać. Smoki lubią ciepłe kąpiele, dlatego Ryszard postawił sobie termy. Smoki lubią pobiegać, więc Ryszard zaczął urządzać maratony. I tak dalej, i tak dalej... Za wszystkie fanaberie smoka płacili coraz ubożsi mieszczanie. Nic więc dziwnego, co bystrzejsi Poznańczycy zaczęli cichcem wiać gdzie pieprz rośnie. Ale z czasem zaczął ich trawić sentyment...

To w tym momencie rozpoczyna się nasza historia.


Rozdział II

gdzie Czytelnik poznaje głównych bohaterów i zawiązuje się intryga


W mrocznych zadymionych piwnicach starożytnego pubu Pomidor w otoczeniu wianuszka ochoczych studentek medycyny, siedziało trzech starzejących się raubritterów.

- Zacnie się urządziliście mości panowie – rzekł najstarszy z rycerzy, Wojciech Zrzędliwy – pubik zacny, sikoreczki przednie, palić wolno. Tylko lodu do wódki za mało dajecie.

- Chwalisz, bo nie wiesz jak tu dawniej bywało! – odparł na to Przemysł Gruby, który pospołu z Krzysztofem herbu Piwonia był właścicielem przybytku. - Zanim uniwerek wyniósł się z miasta knajpa żyła od rana do wieczora. Studenciaki od rańca żłopały tanie, a zatem i dobre piwo, a sikorki były miód – malina, że palce lizać. Wszystko się popieprzyło przez tego cholernego smoka.

- Wszyscy na Ryszarda narzekają, a i tak jak przychodzi do turnieju o fotel nadburmistrza to właśnie mu kibicują. - wymamrotał lekko już zmęczony dwunastym kufelkiem rycerz Krzysztof.

- Bo urządza im igrzyska i ogłupia ich tym swoim wąchalem! - obruszył się Wojciech.

Trzeba tu wyjaśnić, że przez ostatnie szesnaście lat zmienił się sposób obierania nadburmistrza. Nie wybierali go już rajcy, lecz urządzano wielki i krzykliwy turniej oratorski. Jury stanowili w nim wszyscy mieszkańcy. Zwycięzca turnieju na cztery lata zyskiwał władzę nad grodem.

- Byyy siem gniiida zadławiła jakąś zatrutą owcą! - warknął równie gniewnie co bełkotliwie Krzysztof, po czym w przypływie entuzjazmu wzniósł toast – Na pohybel bestii!

Zabrzęczało szkło po czym wódka na lodzie, piwo i wino wlały się w szerokie gardziele naszych bohaterów.

- A może by tak szkodnika spróbować wykończyć? - zarzucił z głupia franc Przemysł.

- Ty jesteś inteligentny facet, a czasami jak jakąś głupotę pierdolniesz to żal słuchać. - odburknął zrzędliwie Wojciech. - Środków mamy mało, a smok jest potężny, bo od lat żeruje na mieście. Jego retoryka urosła niebywale, a nas nie stać nawet na wystawienie porządnego pocztu. Jedynie wydamy pieniądze na tradycyjną turniejową zbroję i tyle będzie tej radości.

- To może tak owieczkę zatruć? - zaproponował nieśmiało Krzysztof.

- To nic nie da, Ryszard to cwana bestia. Wie co spotkało smoka wawelskiego to się pilnuje. Poza tym on się w ogóle za owieczkami nie ogląda. - Wojciech był mistrzem gaszenia entuzjazmu.

- Co prawda to prawda. Ale są i inne metody. Może by tak spróbować podstępu... - wtrącił Przemysł.

- Na przykład jakiego?

- Myślałem chwilę nad tym. Najlepiej byłoby czymś zająć bestię, odciągnąć jej uwagę i zdekoncentrować. A czarną robotę zostawmy błędnym rycerzom...

Co turniej pojawiało się kilku rycerzy, którzy wyzywali smoka na pojedynek. Jako, że za rynsztunek, tradycyjnie przypadający zwycięzcy, płacił im skarb państwa ryzykowali niewiele. Co najwyżej plamę na honorze. A pospólstwo miało swoja uciechę.

Wieść gminna niosła, że w tym roku w turnieju wezmą udział Tadeusz Dziobaty wystawiony przez zakon Prawych lecz nie Skutecznych oraz Tomasz Lewy zawodnik Betonowej Czerwonej Gildii. Obaj mieli opinie dzielnych i rozumnych, lecz ze smokiem nie mieli większych szans. Ciągle nie było wiadomo kogo poprą najpopularniejsi rycerze. Wszyscy spodziewali się, że rycerz Rafał herbu Większe Pół Platformy wystawi jakiegoś figuranta, co by smoka zbytnio nie nadwyrężyć. Za to nikogo nie zaskoczy jeśli rycerz Waldy herbu Mniejsze Pół Platformy w ogóle nie weźmie udziału w zawodach, jawnie opowiadając się po stronie smoka. Tak właśnie kształtowała się lokalna scena rycersko-polityczna.

Tymczasem rycerz Przemysł Gruby kontynuował:

- … Smok w pełnej formie jest nie do pokonania. Musimy go tej dobrej kondycji pozbawić, zająć go czymś innym. Potrzebujemy czegoś w rodzaju konia trojańskiego, tylko że smoka. Choćby jakąś atrapę smoka.

- Znaczy, że jak?

- No... budujemy taki ruchomy kostium smoka i wsadzamy do środka operatora i idziemy na turniej. Ryszard się wścieknie. Zamiast trenować przed potyczkami słownymi będzie udowadniał wszystkim, że to on jest prawdziwym smokiem. Straci formę i może wtedy ktoś go wreszcie pokona.

- Przedni koncept! – zawyli pospołu Krzysztof i Wojciech

- A może by tak jeszcze...

Koncepcja zaczęła się rozszerzać i obrastać w nowe wątki. Z każdą kolejną minutą i z każdą kolejną szklanicą pomysły stawały się coraz śmielsze i bardziej bezczelne. Wszelkie trunki lały się strumieniami. Świat zaczął wirować jakby szybciej, ponętne sikorki stały się jeszcze bardziej ochocze a muzyka sama zachęcała do pląsów. Gdzieś w tym wirze zdarzeń zagubiły się szczytne idee i skomplikowane koncepty.

Jedyne co pozostało z wieczoru to tępy pulsujący ból głowy, jaki nawiedził o poranku trzech dzielnych raubritterów.


Rozdział III

który uczy nas dlaczego nie warto wchodzić komuś w szkodę


Raubritter Przemysł wracał z rejzy na Berlin. Wielkie brzuszysko zabawnie podskakiwało na wertepach, co jednak wcale nie psuło humoru jeźdźca. Zapewne było to efektem dobroczynnego wpływu jaki wywierała na jego umysł przytroczona do siodła sakwa pełna brzęczących dukatów. Podśpiewywał nawet pod nosem wyciskając ze swojego prawie nowego amerykańskiego wierzchowca siódme poty, tak jakby nie istniały ograniczenia prędkości. Zresztą i tak zwykł traktować liczby podawane na zabawnych okrągłych tabliczkach jako prędkość sugerowaną. Coś jak sugerowana cena na butelce piwa.

Wtem przy siodle coś zabrzęczało. Przemysł pogrzebał nieśpiesznie w trokach i dobył z nich nieco porysowaną kryształową kulę (która stanowiła magiczny odpowiednik naszych telefonów).

- Haloo – przemówił w kierunku urządzenia – słucham?

- Cześć, tu Wojtek. - odpowiedział znany głos Zrzędliwego rycerza.

- Co tam?

- Słyszałeś co wywinął Ryszard?

- Co takiego?

- Spróbuje przejąć władzę w województwie!

W jednej chwili Przemysł spurpurowiał. Na skonie wystąpiły mu żyły a na czoło pot. Szarpnął wodze tak gwałtownie, że zaskoczony wierzchowiec niemal stanął w miejscu o mało co wysadzając nieostrożnego jeźdźca z siodła.

- A to gadzina - syknął Przemysł – nie dość, że Poznań zmarnował to jeszcze w Wielkopolsce lezie w szkodę!

- Nie poradzisz, dopust Boży – odparł filozoficznie Wojciech.

- Ja nie poradzę?! - zżymał się Przemysł. I w jednej chwili przypomniał sobie o swoim starym planie. To co kilkanaście dni temu wydawało się pijacką imaginacją dziś mogło być zbawiennym pomysłem. - Poradzę, a w zasadzie to poradzimy razem! Czas przepędzić smoka. Albo jeszcze lepiej zatłuc. Zarejestrujemy naszego zawodnika w tym cholernym turnieju!

- Ale kogo?

- Jak to kogo: Ryszarda Smoka! Dzwonię do Krzysztofa, żeby przejrzał ordynację.

***

Kolejne dni upłynęły w szaleńczym tempie. Rycerz Krzysztof przeanalizował aspekty prawne, Przemysł wykonał atrapę smoka. Ale najtrudniejszą część zadania wykonał Wojciech Zrzędliwy. Na ziemiach Wieletów lub Obodrytów (nie pomnę tego dzisiaj) odnalazł odważnego rycerza Ryszarda z Bogdańca, który zgodził się wziąć udział w spisku. Został operatorem atrapy smoka, co było zadaniem trudnym i wymagającym. Bowiem by podstęp się udał smok musiał pozostać w ukryciu. Miał być trochę jak Yeti, wszyscy mieli o nim słyszeć, a nikt nie miał go zobaczyć. Prawdziwa bestia będzie bowiem czuć lęk dopóty, dopóki nie dowie się, że będzie miał do czynienia ze smokiem sfabrykowanym. Gdy dojdzie do turnieju będzie już za późno. Tak przynajmniej planowali raubritterzy.

Wkrótce przystąpili do dzieła. Zarejestrowali zgodnie z regułami komitet turniejowy. Nazwali go Komitet Smoka, co strasznie rozsierdziło Smoka Ryszarda, który swój komitet nazwał nie wiedzieć po co „Teraz k..a my”. Raubritterzy nie poprzestali jednak na tym. Dojrzawszy czuły punkt potwora odszukali wnet na prowincji różne małe smoki, lub choćby stwory do smoków podobne i wystawili je w walkach towarzyszących głównemu turniejowi.

Szczęście wyraźnie im sprzyjało. Miejscowy bard, przedstawiciel lokalnej gildii „Niepewne informacje” postanowił zdemaskować spiskowców. Na niewiele mu to jednak przyszło. Bardom „Niepewnych informacji” mało kto wówczas wierzył (i nie dziwota bo informacje rozgłaszali zgoła niepewne), więc i szkoda była niewielka. Korzyść jednak ogromna, bo do trzech podstępnych spiskowców wkrótce dołączyli się następni i następni... Wśród nich niech wyliczę dla potomnych dwóch najbardziej dla sprawy zasłużonych, mianowicie kanonika Piotra z Gniezna, który wziął na siebie trud przewodniczenia komitetowi oraz Don Amigera – mistrza szpady giętej.

Dzień mijał za dniem, wielki turniej zbliżał się nieubłaganie. Spiskowcy metodycznie realizowali swój plan. Rycerz Ryszard, o którym wszyscy myśleli obecnie jako o smoku Ryszardzie siedział bezpiecznie schowany na ziemiach Wieletów lub Obodrytów. Z natrętnymi bardami rozmawiał jako rzecznik komitetu Wojciech Zrzędliwy. A były to rozmowy wysoce dla nich pouczające. Dla przykładu gdy szczególnie upierdliwy bard dzwonił z uporem godnym lepszej sprawy w końcu słyszał w słuchawce kuli zgryźliwy głos zrzędliwego rycerza:

- Słucham.

- Dzień dobry dzwonię z redakcji takiej i takiej. Poproszę kontakt do Ryszarda Smoka.

- Nie udzielam takich informacji.

- Jak to?

- Co: jak to?

- Przecież jest Pan rzecznikiem prasowym. Dlaczego nie udziela mi pan informacji?

- Bo nie muszę.

- To co mamy o was napisać?

- Piszcie co chcecie, i tak zawsze piszecie to, co wam wygodne.

- Jak może Pan tak mówić, jestem niezależnym bardem.

- Niezależnym? - ciekawe do kogo bardziej: wydawcy, redaktora naczelnego czy sitwy rządzącej tym miastem? - szydził Wojciech Zrzędliwy.

- To może ja zadzwonię za tydzień?

- Bardzo proszę, z wielką przyjemnością z Panem porozmawiam.

- A udzieli mi pan wtedy jakichś informacji?

- Nie.

I tak dalej, i tak dalej. Facecjom nie było końca. Z reguły śmiertelnie obrażony bard postanowił zemścić się na opryskliwym interlokutorze... pomijając go wzgardliwym milczeniem. Bowiem w mniemaniu własnym bardowie stanowią centrum znanego wszechświata i najgorsze co mogą komuś uczynić to go zignorować. Tymczasem mimowolnie wpisywali się w scenariusz nakreślony z góry przez trójkę podstępnych (choć sympatycznych) raubritterów. Zresztą to doświadczenie było pouczające dla obu stron. Bardowie zrozumieli ostatecznie, że są rycerze, którzy mają ich w rzyci. Nie tylko nie sypną brzęczącą monetą za pochlebny wiersz czy pieśń, ale nawet nie będą się o to starać. Rycerze zaś pojęli, że w czasach telefonii magicznej i portali społecznościowych bardowie nie są już im potrzebni.

Tak oto na facecjach i symulowaniu przygotowań radośnie mijał czas. W końcu nadszedł decydujący dzień. Zanim jednak do tego doszło spotkała wszystkich wielka niespodzianka.


Rozdział IV

krótki w formie acz ważki w treści, a jego przedmiotem są wąsy


Do dziś historycy spierają się po co smok Ryszard zgolił wąsy. Nawet ci, którzy nie wierzyli w ich nadprzyrodzoną moc przyznawali, że były integralną częścią bestii, swoistym znakiem rozpoznawczym. Ryszard bez wąsa był zaledwie połową smoka, cieniem samego siebie. Zgolenie wąsa mogło mu jedynie zaszkodzić.

O ile pytanie „po co” pozostaje dotąd bez rozstrzygającej odpowiedzi uczeni drogą dedukcji odpowiedzieli na pytanie „dlaczego”. Mianowicie ten wyborny chwyt marketingowy powstał w umyśle tego samego anonimowego geniusza, który stworzył nazwę komitetu „Teraz k..a my”. Cóż, jak Bóg chce kogoś ukarać odbiera mu rozum.

Trzej weseli raubritterzy uśmiali się do rozpuku. O mało nie porobiły się im zajady.


Rozdział V

w którym rozpoczyna się wielki turniej oratorski


Turnieje oratorskie rządziły się swoimi prawami. Rozgrywano je co cztery lata, a ogłaszał je król lub w przypadku bezkrólewia interrex. Sposoby ich rozgrywania, uczestnictwa a nawet odpłatności regulowała ordynacja uchwalona przez sejm. W gruncie rzeczy było to dość proste. Najpierw wszyscy zarejestrowani kandydaci podejmowali walkę w starciu walnym. Jeśli któryś nie uzyskał wyraźnej przewagi dwaj najlepsi stawali do pojedynku zwanego nie wiedzieć czemu „drugą turą”.

Jurorami w tym turnieju byli wszyscy dorośli mieszczanie. Miało to decydujący wpływ zarówno na treść jak i formę oracji przygotowanych przez poszczególnych kandydatów. Musiało być prosto, przaśnie i zrozumiale, ale i z przytupem. Trochę w stylu disco-polo.

Niestety uznania sejmu nie znalazł projekt zakładający, że nowo wybrany nadburmistrz po zaprzysiężeniu zostanie od razu zamknięty w więzieniu. Takie rozwiązanie legislacyjne nie tylko pozwalałoby oszczędzić czas i pieniądze podatników, ale i ograniczyłoby potencjalne szkody wyrządzone przez polityków.

Tegoroczny turniej miał odbyć się właśnie w zgodzie z tymi zasadami. I byłoby to zapewne widowisko wyjątkowo wręcz bezbarwne i mało absorbujące, gdyby nie pewien zaskakujący czynnik. Całe miasto począwszy od bardów, poprzez przekupki, chytrych kupców, uczonych (mniej lub bardziej) profesorów, grubiutkich prałatów, pobożnych rabinów, podstępnych lichwiarzy, aż po żaków i damy negocjowalnej cnoty huczało od plotek. Na tym turnieju miał się pojawić prawdziwy Joker. Drugi smok. Żeby było pikantniej - też Ryszard.

***

Trzej raubritterzy i ich zacni kompani siedzieli wygodnie rozwaleni w fotelach i popijali drinki. Słoneczko ładnie świeciło wydobywając z listopadowego krajobrazu najpiękniejsze barwy złotej polskiej jesieni, toteż widok z loży był wręcz przewyborny. Nie dziwota, że naszym bohaterom dopisywały humory. Aktualnie umilali sobie czas oczekiwania na walki turnieju prowadząc ożywioną konwersację i popijając hektolitry alkoholu.

- Chłopaki, od dłuższego czasu zastanawiam się: w sumie to dlaczego my to robimy? - zagadnął don Amiger, mistrz szpady giętej.

- Bo możemy! - odpalił Wojciech Zrzędliwy.

- Bo jesteśmy złośliwymi warchołami. - dodał z powagą kanonik Piotr z Gniezna.

- Bo nie lubimy Ryszarda. - dodał rycerz Krzysztof herbu Piwonia.

- To wszystko prawda – Skwitował Przemysł Gruby – ale wbrew pozorom jest w tym i głębszy sens...

- Oj, tam znowu będziesz pierydolył swoje! - usiłował przerwać Wojciech Zrzędliwy.

-... I nie chodzi wcale o to, że smok zaczął nam leźć w szkodę. Chociaż akurat zaczął. - kontynuował niezrażony Przemysł - Czasami musimy coś zrobić, bo nie zrobi tego nikt inny. Wszyscy widzą, że system się nie sprawdza. Że smok rządzi źle, że miasto się dusi. I co? - i nic. Ci, którzy tak chętnie nas reprezentują nagle chowają się w krzaki i udają, że szukają grzybów. Nie ruszą się zakony rycerskie, magowie ani politycy. Nie ruszą się zwykli ludzie – bo nie są zorganizowani, a tylko organizacja daje siłę. Pozostajemy więc tylko my – raubritterzy, awanturnicy, wszelkiej maści wolne duchy.

- I zrobimy to! – kontynuował w uniesieniu.- Jeśli nie dzisiaj to przy najbliższej okazji. Bo możemy. Bo musimy! Bo to nasze miasto i nie oddamy go żadnemu cholernemu smokowi!

Towarzystwo słuchało zahipnotyzowane. Tylko Krzysztof herbu Piwonia mruknął pod nosem:

- A że jesteśmy raubritterzy to i metody użyjemy zbójeckiej...

***

Turniej zaczął się niepozornie. Ledwo przebrzmiał sygnał trąb do mównicy dopadł któryś z niezależnych błędnych rycerzy i zanim dobrze się rozkręcił zdążył już wszystkich zanudzić. Opowiadał jakieś dyrdymały o rowerzystach i klinach zieleni. Po kilkunastu minutach oracji trybuny zaczęły okazywać swoje niezadowolenie, które rychło przerodziło się w głośne buczenie. Nie trzeba było zbyt długo czekać a w stronę mówcy polecały jajka, pomidory i inne artykuły spożywcze. Niedoszły nadburmistrz schodził z mównicy jak niepyszny.

Znacznie bardziej udane były występy kolejnych mówców. Tadeusz Dziobaty z Prawych lecz nie Skutecznych i reprezentujący Betonową Czerwoną Gildię Tomasz Lewy byli dobrze przygotowani, mówili rzeczowo i ciekawie. Tłumów jednak nie porwali.

W końcu na mównicę wlazł smok. Wyraźnie nie był w najlepszej formie. Wyglądał niezdrowo, jakoś blado, do tego przez brak wąsa był do siebie zupełnie niepodobny. Zaczął też dziwacznie:

- Jestem jedynym prawdziwym smokiem w tym turnieju. Jacyś niepoważni ludzie wystawili innego smoka, żeby was zmylić! To kpina z demokracji. W tych szrankach może startować tylko jeden smok! Perfidne typy, które wymyśliły ta hucpę zasługują na publiczne potępienie! Jak tylko mnie wybierzecie pokażę im gdzie raki zimują! - smok wyraźnie się zagalopował, i w odpowiedzi usłyszał jedynie gniewny szmer.

Ryszard wyraźnie się zreflektował i dalej mówił już wyłącznie o sprawach lokalnych, roztaczał wizje rozwoju, obiecywał nowe inwestycje, zaklinał rzeczywistość. Jednak bez magii wąsa była to tylko zwykła czcza gadanina. Reasumując: entuzjazmu nie wzbudził. Co prawda klakierzy oklaskiwali swego chlebodawcę, były to jednak oklaski wątłe i wymuszone.

Następny głos miał zabrać Ryszard z Bogdańca przebrany w smoczy kostium. I wtedy wydarzyło się nieszczęście. Ryszard był tak zaaferowany swoją rolą, że nie zauważył sporej dziury w drodze. Potknął się, a skrępowany niewygodnym kostiumem nie potrafił odzyskać równowagi. Runął więc jak długi rozdzierając przy tym smocze wdzianko. Nim widzowie otrząsnęli się z szoku niedoszły orator uciekł gdzie pieprz rośnie, a mianowicie do pobliskiej palmiarni.

- Tragedia – mruknął pod nosem Wojciech Zrzędliwy.

- Wcale nie jest tak źle – odparł z przekonaniem Krzysztof herbu Piwonia.

- Jak to nie jest źle?

- Przecież wiedzieliśmy, że i tak nie wygramy. Teraz wiemy, że przegramy solidnie. Ale nasz cel jest inny. Chcemy wykończyć smoka. I jak na razie idzie nam świetnie.

Tymczasem smok Ryszard, który zasiadał w tej chwili w loży nadburmistrza wyraźnie tracił samokontrolę. Robił się na przemian trupio blady i purpurowy, na dodatek buchał dymem i nerwowo machał ogonem. Do tego łypał złowrogo w kierunku sąsiedniej loży, gdzie zasiadała hałaśliwa zgraja bezczelnych raubritterów. W końcu nie wytrzymał i ryknął na cały głos:

- Oszuści! To oni za tym stoją! - i wskazał palcem w kierunku naszych bohaterów. Cały plan mogli wziąć diabli, lecz niespodziewanie na trybunach ktoś roześmiał się histerycznie. A, że śmiech bywa zaraźliwy, wkrótce z nieszczęsnego smoka Ryszarda śmiało się całe miasto. Salwy śmiechu jeszcze długo pobrzmiewały pośród zabytkowych kamienic wiekowego grodu.

Tego dnia smok Ryszard skompromitował się dwa razy. Dla wszystkich było oczywiste, że tego turnieju nie rozstrzygnie w pierwszej turze. Raubritterzy byli zachwyceni.


Rozdział V

w którym dochodzi do rozstrzygającego starcia


Na placu boju zostało ostatecznie dwóch pretendentów. Smok Ryszard i Jaśko z Jackowa. Co to za jeden? - zapytacie. To pomniejszy rycerz, którego do turnieju zgłosił wielki pan Rafał herbu Większe Pół Platformy. Jaśko dotąd nie wsławił się niczym istotnym, a i jego oracja choć poprawna, nie wzbudzała zachwytu. Jednym słowem dotąd nie zrobił nic co dawałoby mu miejsce na kartach tej legendy.

Jednak jako, że w życiu nie ma nic pewnego, przewrotny los dopisuje własne wątki do scenariuszy wielkich statystów i małych raubritterów. Stąd ku zaskoczeniu wielu, faworyci - Tadeusz Dziobaty i Tomasz Lewy musieli ustąpić pola innemu zawodnikowi. Po raz kolejny sprawdziła się prawdziwość starosłowiańskiego porzekadła: tisze jediesz, dalsze budiesz...

Wreszcie stanęli w szranki. Pierwszy przemówił smok.... {tutaj tekst się urywa}”


Ogrom zniszczeń rękopisu uniemożliwił mi odtworzenie końca tej frapującej historii. Ale może to i lepiej. Czasami warto pozostawić pewne rzeczy niedopowiedziane. Teraz każdy z Was będzie mógł dopisać swoje własne zakończenie.




Od autora

Powyższy tekst jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwa do prawdziwych osób i wydarzeń są czysto przypadkowe. Koncepcję osadzania świeżo wybranych władz w więzieniu zaczerpnąłem z książki „Ostatni kontynent” Terrego Pratchetta. Uważam ją za godną rozważenia. Autorem uroczych ilustracji jest Maciej Andraszyk, któremu niniejszym serdecznie dziękuję za pomoc.

 
WASZE KOMENTARZE[1]
~666: Heheszki :) skoda, że nie ma zakończenia. smok powinien zostac pokonany a raubritterzy nagrodzeni :P
dodano: Piątek, 2014.11.28 10:28, IP:83.21.11.XXX
ok
6
not ok
3
odpowiedz|usuń
~edek: Przemku, dzięki za zdjęcie swoich bannerów z wiaduktu Narutowicza:)
dodano: Piątek, 2014.11.28 10:53, IP:91.223.212.XXX
ok
5
not ok
0
odpowiedz|usuń
~GKSa: Zostały zdjęte na początku tamtego tygodnia :)
dodano: Piątek, 2014.11.28 12:52, IP:83.21.11.XXX
ok
2
not ok
0
odpowiedz|usuń
~Promotor : Gratuluję za ten pouczający i ponadczasowy tekst. Gratuluję.
dodano: Piątek, 2014.11.28 13:16, IP:83.23.163.XXX
ok
2
not ok
0
odpowiedz|usuń
~Nieidealna: Dziękuję legendarnym rycerzom za wkład w ratowanie naszego miasta. Nieustraszone mają serca ! Gród Króla Piasta na nowo wyrasta ;-)
dodano: Piątek, 2014.11.28 14:14, IP:77.253.75.XXX
ok
2
not ok
1
odpowiedz|usuń
~czlonek NP: jestes bezmozgiem popierajac Jaskowiaka, widac ze sie przykleisz do kazdej partii, robisz wstyd Nowej Prawicy nie chcemy cie
dodano: Piątek, 2014.11.28 14:30, IP:164.40.246.XXX
ok
5
not ok
6
odpowiedz|usuń
~hnan: Panie Piasta- fajna bajka i basta!
dodano: Piątek, 2014.11.28 19:16, IP:31.61.138.XXX
ok
1
not ok
0
odpowiedz|usuń
DODAJ KOMENTARZ | Jesteś niezalogowany, Twój nick będzie poprzedzony ~zaloguj | zarejestruj
Liczba znaków do wykorzystania: 1000
codeimgNie jesteś anonimowy, Twoje IP zapisujemy w naszej bazie danych. Dodając komentarz akceptujesz Regulamin Forum
Do poprawnego działania mechanizmu dodawania komentarzy wymagane jest włączenie obsługi ciasteczek.
avatar
PRZEMYSŁAW PIASTA
PrzemyslawPiasta.epoznan.pl
RSSsend_message
ARCHIWUM WPISÓW
Na kogo głosować w Poznaniu? (11 paź 2018)
W pułapce wyklętyzmu (2 mar 2018)
Skazy na pancerzach? (19 lut 2018)
Zakażmy handlu we wtorki (4 paź 2017)
Vae victis (31 lip 2017)
Wszędzie dobrze, ale w Unii najlepiej (12 lip 2017)
Cała Polska walczy ze smogiem. (9 sty 2017)
Coraz lepsza zmiana (2 gru 2016)
Murzyńskość dla zaawansowanych (5 paź 2016)
Smoleńscy prorocy, smoleńscy agnostycy (15 wrz 2016)
Spotkanie Endecji w Poznaniu (6 wrz 2016)
Trzecia Rzesza – reaktywacja (27 cze 2016)
Niewidzialne Chiny (21 cze 2016)
Polskie Imperium? (10 cze 2016)
Wróg u bram (22 mar 2016)
To nie jest nasza zmiana (14 mar 2016)
Rolnik przyPiSany do ziemi? (25 lut 2016)
Kto zapłaci za "dobrą zmianę"? (6 lut 2016)
Przepraszam za Mieszka (1 lut 2016)
Zdrada popłaca (14 sty 2016)
Ani słowa o WOŚP (9 sty 2016)
W obronie Jaśkowiaka (28 gru 2015)
Życie polityczne dzikich, na podstawie obserwacji mieszkańców Bolandy. (4 gru 2015)
Latający cyrk rodzimej produkcji (28 lis 2015)
Tęczowy korpus postępu (11 paź 2015)
Portret bez charakteryzacji (4 paź 2015)
Hitler też był imigrantem (14 wrz 2015)
Jak zmarnować 100 milionów (4 wrz 2015)
Złodzieje (24 sie 2015)
Duży i Mały (23 lip 2015)
Nie chcemy was tu (13 lip 2015)
Strzelnica (14 maj 2015)
Głosujemy na Kukiza! (8 maj 2015)
Jak głosować? - skrócony poradnik dla średnio zaawansowanych (3 maj 2015)
Moneta bez awersu (15 mar 2015)
Legenda o poznańskim smoku - PREMIERA (28 lis 2014)
„Legenda o poznańskim smoku” – zaproszenie na spotkanie z autorem (24 lis 2014)
STOP OSZUSTOM! (14 lis 2014)
Uwaga na oszustów (14 lis 2014)
Mamy prawo być dumni (7 lis 2014)
Razem? - raczej osobno (31 paź 2014)
Niezły burdel (28 paź 2014)
Rzeczpospolita urzędasów (16 paź 2014)
Matki, żony i kochanki (28 wrz 2014)
Chwała Grobelnemu (29 lip 2014)
Nieporozumienie ruchów miejskich (11 lip 2014)
Upadek (7 lip 2014)
Słuszny gniew, bezrozumny bunt (17 cze 2014)
Smutny los dzikich Helwetów (24 maj 2014)
Głosuję na Korwina (21 maj 2014)
Piersi są dobre (11 maj 2014)
Czekając na błąd scenarzysty (6 maj 2014)
Rocznica (3 maj 2014)
Feta, której nie było (25 mar 2014)
I kto tu jest ruskim agentem? (1 mar 2014)
W Bazarze o Dmowskim i nie tylko. (18 lut 2014)
Ostateczny krach państwa prawa (11 lut 2014)
Przeciw fałszywemu patriotyzmowi (31 sty 2014)
Rozbita rodzina resortowych dzieci (15 sty 2014)
Owsiak wypełza z lodówki a Tusk wychodzi z siebie (11 sty 2014)
Bójcie się Tuska, nawet gdy przynosi dary (5 sty 2014)
Politycy i idioci (27 gru 2013)
Przyznaję się do błędu. (23 gru 2013)
Żądam ocieplenia klimatu (22 gru 2013)
Nie piszcie ustaw, grajcie w piłkę! (19 gru 2013)
Wybory w domu wariatów (12 gru 2013)
Gdy rozum śpi budzą się My-Poznaniacy (6 gru 2013)
Unia, Ukraina a polska racja stanu (3 gru 2013)
Polski wyrób politykopodobny czyli dlaczego nasza polityka jest byle jaka? (28 lis 2013)
Mamy za dużo mieszkań socjalnych. (21 lis 2013)
Gender to głupota (18 lis 2013)
Czy żyjemy w państwie policyjnym? (15 lis 2013)
Obywatelscy jak Milicja Obywatelska (8 lis 2013)
Niebezpieczne kombinacje Ministerstwa Sprawiedliwości (4 lis 2013)
Granice tolerancji (2 lis 2013)